Lilian
Obudziłam się wcześnie rano, w swoim małym pokoiku na poddaszu. W końcu piątek, muszę tylko przetrwam ten dzień i będę mieć w końcu wytchnienie. Ale i tak nie znosiłam chodzić do tej szkoły, gdzie uczyły się dzieci bogaczy, które uważały się za najlepsze, i które uwielbiały mnie denerwować i poniżać. Ja zaś umiałam ich skutecznie uciszyć, bo wiedziałam czego się boją. Uznają mnie za wariatkę lub za jakąś tam czarownicę.
Szybko ubrałam się w błękitną sukienkę i znoszone trampki, po czym pośpiesznie zbiegłam ze schodów. Postawiłam wodę na herbatę i zaczęłam przygotowywać śniadanie. Mieszkałam w małym domu z moją ciocią Sarą, która adoptowała mnie w wieku sześciu lat. Nie mam jednak żadnych wspomnień przed tym, jak u niej zamieszkała. Moi rodzice zginęli w wypadku, a żadnego rodzeństwa nie miałam.
W tedy z zamyślenia wyrwał mnie gwizd, co oznaczało, że woda się już ugotowała. Wyłączyłam gaz i zalałam dwie herbaty. Gdy już wszystko było gotowe, usłyszałam kroki, zmierzające do kuchni i ujrzałam moją ciotkę w różowym szlafroku. Uśmiechnęła się do mnie ciepło, po czym podała mi małą paczuszkę:
-Wszystkiego najlepszego Lilii.
-Ciociu nie musiałaś-podeszłam do niej i ją uściskałam. Całkiem zapomniałam o swoich urodzinach. Zbytnio to nie lubiłam ich nigdy świętować, bo to tego dnia zdarzył się wypadek.
-Wiem, ale chciałam uczcić twoje urodziny. W końcu nie co dzień kończy się osiemnaście lat, prawda?-uśmiechnęła się do mnie promiennie i podała mi paczuszkę. W jej oczach widziałam jednak także niepokój. Coś było nie tak. Miałam się już o to spytać, ale uprzedziła mnie ciotka.
-Otworzysz, czy będziemy tak stać i na siebie patrzeć?-zaśmiała się, ale w jej śmiechu było jakieś napięcie, jakby się czegoś bała.
Spojrzałam na prezent. Został zapakowany w czerwono-złoty papier i zawiązany błękitną kokardą. Ostrożnie rozwiązałam wstążkę i rozwinęłam papier, gdy moim oczom ukazał się piękny złoty grzebień do włosów z białymi kryształkami.
-Należał kiedyś do twojej matki,-tłumaczyła ciocia Sara.-Ten kwiat przedstawia jej ulubiony kwiat-lotos, ale podobno ma on o wiele głębsze znaczenie.
Wzięłam delikatnie grzebień, aby go nie zniszczyć, a opuszkami palców przejechałam po diamencikach. Położyłam ją na stół i uściskałam mocno ciocię.
-Dziękuję, jest przepiękny,-po moich policzkach spłynęły pojedyncze łzy.
-Od teraz będzie zawsze ci przypominał o twoich rodzicach-wsunęła mi grzebień w moje brązowe włosy, po czym podała mi czerwoną kopertę w błękitne wzory.-Był razem z grzebieniem. Podobno dawna pokojówka twoich rodziców przyniosła cię w tedy do przytułku z tą kopertą i grzebykiem. Nikt jej jednak nigdy wcześniej nie widział, powiedziała jednak tylko, że twoi rodzice nie żyją i nie masz nikogo, kto mógłby się tobą zaopiekować-spojrzała na mnie ze smutkiem.-Wtedy postanowiłam, że się tobą zajmę-pogłaskała mnie po włosach.
-Wiesz co jest w tej kopercie?
-Nie-odrzekła i chwyciła mnie za nadgarstek, kiedy już się podnosiłam z krzesła, ponieważ za piętnaście minut zaczynały się lekcje.-Wiedz jednak, że cokolwiek tam jest napisane, to dla mnie i tak będziesz moją siostrzenicą, której nigdy nie miałam,-przytuliła mnie, po czym poszła do swojego pokoju, a mnie zostawiła z własnymi myślami.
Szybko wzięłam torbę i pobiegłam w stronę szkoły. Gdy weszłam do klasy, z ulgą stwierdziłam, że się nie spóźniłam. Szybko podeszłam do swojej ławki, z tyłu pomieszczenia, gdzie czekały już na mnie Kala i Reya-moje dwie najlepsze przyjaciółki. Przywitałam się z nimi i usiadłyśmy razem w ławce. Mimo że kiedyś się nienawidziłyśmy, to teraz świetnie się dogadujemy i zawsze mogę na nich polegać.
-To jak się miewa najstarsza w klasie?-zażartowała Reya.
-Cóż w sumie to tak samo, jak wczoraj-zaśmiałam się, kiedy weszła do sali nieznana przeze mnie kobieta. Miała około metr osiemdziesiąt wzrostu, śniadą cerę, brązowe włosy i błękitne oczy. Uśmiechnęła się do nas pogodnie i jak dla mnie, nie miała więcej niż dwadzieścia dwa lata.
-Dzień dobry, uczniowie. Nazywam się Korra i z powodu nagłego pilnego wyjazdu Profesora Zeya, od teraz to ja będę uczyła was historii,-oznajmiła nam, na co się w duchu ucieszyłam, (no dobra to za słabe słowo, raczej skakałam ze szczęścia, że nie zobaczę tego faceta do końca roku szkolnego). W sumie to nikt nie znosił Profesora Zeya, oczywiście oprócz Kim-naszej klasowej piękności, za którą trzeba wiecznie wszystko robić. Była szkolną pupilką Zeya.-Proszę teraz otworzyć książki na stronie sto trzeciej i powoli zapoznać się z materiałem dzisiejszej lekcji.
Jeśli myśleliście, że moja klasa umie zrobić to zwyczajne zadanie w ciszy, to byliście w okropnym błędzie. Cała klasa pogrążyła się nagle w gwarze rozmów. Gdy spojrzałam na naszą nową nauczycielkę, zobaczyłam jak przewraca oczami, na zachowanie klasy. Zapowiadał się dłuuugi dzień. Byłam tego pewna, nie wiedziałam jednak dlaczego.
***
Po przebrnięciu historii z Profesor Korrą i trzech innych lekcji, w końcu nadszedł czas na lunch. Jak zawsze wzięłam lekką sałatkę warzywną, a do tego ciasto czekoladowe i wodę. Usiadłam razem z przyjaciółkami przy stoliku, który był najbardziej oddalony od reszty dzieciaków.
Po szkole postanowiłyśmy, że pójdziemy do mnie i zrobimy sobie babski wieczór z okazji moich urodzin. Miałam nadzieję że nie zostanę tego dnia po lekcjach. Ta czasami się mi zdarzało ,że byłam w kozie przez pięć godzin i wracać dopiero po dziewiętnastej do domu, ale to tylko dlatego że broniłam swojego zdania na lekcji nie innej jak historii. Pan Zey uwielbiał mnie wsadzać do kozy, także dla tego że odzywałam się za Kalę kiedy nie maiła zadania domowego lub czegoś nie umiała. I zawsze to ja obrywałam. Na szczęście teraz Pana Zeya nie było i mogłam się cieszyć wolnością.
Kiedy zabrzmiał dzwonek na lekcje, usłyszałam jak ktoś woła moje imię. Odwróciłam się pośpiesznie i ujrzałam Profesor Korrę w towarzystwie jakiegoś chłopaka. Nie powiem był przystojny :jasna cera, kruczoczarne krótkie włosy i oczy barwy złota. Powiedziałam Kali i Reyi, że za chwilę przyjdę i podeszłam szybkim krokiem do stojących niedaleko osób
-Czy coś się stało, Pani profesor?-spytałam spoglądając to na nią, to na chłopaka.
-Nie, Lilian-spojrzała pośpiesznie po korytarzu, który zrobił już się pusty, po czym zwróciła się znowu do mnie.-Czy możemy z tobą przez chwilę porozmawiać?
-Oczywiście, Pani profesor. Tylko że troszeczkę śpieszę się na lekcję. Pani Klark nie znosi, jak uczniowie się spóźniają,-odrzekłam trochę zdenerwowana. Jeśli za moment nie pobiegnę w stronę klasy, to z pewnością każe mi zostać za karę po lekcjach. W tedy odezwał się chłopak:
-Korro, ile razy mam ci powtarzać, że to nie ONA? Nie sądzisz chyba, że to będzie takie proste, spotkać ją po niecałych sześciu miesiącach poszukiwań?!-spojrzał na mnie z szyderczym wzrokiem. Wiedziałam, że go już nie polubię. Zezłościłam się na jego słowa i miałam już coś mu powiedzieć, kiedy Korra pokręciła głową i powiedziała:
-Nie tutaj. Lepiej porozmawiajmy w moim gabinecie. A ty Kilianie,-spojrzał na chłopaka lodowatym spojrzeniem,-przestań się tak zachowywać, inaczej sama z nią porozmawiam, a ciebie wyślę z powrotem do Narodu Ognia.
Kilian cały się spiął i spojrzał na mnie nienawistnym spojrzeniem, po czym znowu na jego twarzy pojawił się obojętny wyraz. Ale chwila moment, że niby gdzie go wyśle?! Przecież nie istnieje coś takiego jak Naród Ognia?!
-Nie wiem o co wam chodzi, ale ja muszę już wracać na lekcje,-odwróciłam się na pięcie i zmierzałam do klasy, kiedy Korra złapała mnie za nadgarstek i znowu się to stało-zobaczyła czyjeś wspomnienia.
Jęknęłam z bólu, który pojawił się nagle w mojej głowie. Czułam jakby miała mi eksplodować z powodu natłoku obrazów, po czym zmierzałam do łazienki, gdyż poczułam ogarniające mnie mdłości. Ale tym razem nikt mnie nie zatrzymał. Wbiegłam do pierwszej lepszej kabiny i oparłam się o zimne kafelki na ścianie. Wyjęłam z kieszeni sukienki komórkę i wystukałam do Reyi wiadomość, aby powiadomiła Panią Klark że źle się czuję i że jestem teraz w łazience, po czym schowałam ją z powrotem do kieszeni.
Nie wiem jednak kiedy znalazłam się siedząca na podłodze i zaczęłam płakać. Byłam wściekła na siebie, na tego całego tam Kiliana, a także na te głupie urojenia. Przecież nie ma czegoś takiego jak widzenie w czyimś umyśle. Może na serio traciłam już rozum? Nie, przecież wariaci nie myślą racjonalnie i nie dostają piątek z prawie wszystkich przedmiotów, i jest się najlepszym uczniem w szkole. To z pewnością jest tylko przemęczenie.
Na pewno.
Komentarze
Prześlij komentarz